KOSMETYCZNIE: test masek w płachcie #3
Pora na kolejne zestawienie masek w płachcie. Zainspirowana polecajkami od Zaczarowanaa (wielkie dzięki kochana! ;)) i ostatnimi nowościami od Garnier, w których mamy całą gamę kosmetyków z witaminą C, pomyślałam o teście masek rozjaśniających z różnych marek. Przy okazji zafundowałam sobie świetną kurację antyoksydacyjną! Jakie mam wnioski?
PUORELLA Vit.C Natural Mask sheet | Hebe
Zacznijmy od najtańszej maski - od marki Puorella. Dostępna jest w Hebe i trafiłam na promocję, kosztowała 3,40zl. Sprawdźmy zatem skład i przyjrzyjmy się substancjom aktywnym.
Na 5.miejscu w składzie mamy trehalozę, która mocno nawilża i zapobiega utracie wody przez naskórek. Dobry początek. Na 8.miejscu mamy beta-glukan (przeciwzapalny, nawilżający), pantenol (łagodzący podrażnienia). Nieco dalej mamy wit. C w swojej najprostszej postaci: kwasu askorbinowego, ekstrakt z cytryny (oba składniki działają antyoksydacyjnie i rozjaśniająco), pantotenian wapnia (regeneruje i łagodzi), no i znowu wit. C, tym razem w bardziej stabilnej postaci tzw. SAP. Ta forma witaminy C jest bardzo ciekawa, bo oprócz rozjaśniania i wygładzania, stymuluje produkcję kolagenu w skórze. Przyznacie, że jak na tak niedrogą maskę to skład jest całkiem przyzwoity! Widać, że maska ma nie tylko rozjaśniać cerę, ale przede wszystkim łagodzić i nawilżać, to dobry balans. Byłby dla mnie idealny gdyby nie alc.denat. w środku składu.. no ale i tak nie jest źle.
Maski od Puorella mają całkiem niezłej jakości płachty, które są mocno nasączone i dobrze dopasowują się do twarzy. Sama esencja była przezroczysta, o wodno-żelowej konsystencji i delikatnym, przyjemnym zapachu cytryny.
Przez ok. 1 min czułam lekkie mrowienie, reakcja twarzy nie była gwałtowna, ale jednak była. Liczyłam się z tym, bo niemal każda maska z cytrusami, czy ogólnie większą zawartością wit.C powoduje u mnie takie początkowe podrażnienie. Na szczęście efekt ten szybko zniknął, maska stała się bardzo komfortowa i trzymałam ją całkiem długo, bo ponad 20 min.
Efekt? Przede wszystkim przyjemne nawilżenie, do tego ładna, rozpromieniona cera. Resztę esencji wklepałam w twarz, szyję i dekolt, nałożyłam krem dla domknięcia pielęgnacji. Na drugi dzień skóra była po prostu całkiem dobrze nawilżona, ale nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów, których z resztą też się nie spodziewałam, bo kiedy regularnie używa się kosmetyków antyoksydacyjnych i rozjaśniających, to chyba tym bardziej ciężko jest zauważyć jakieś mocno widoczne efekty po jednej masce.
Szczerze mówiąc dla mnie to po prostu całkiem poprawna, przyjemna maseczka w przystępnej cenie. Czy do niej wrócę? Być może, ale chyba jednak pozostanę przy mojej ulubionej aloesowej masce z Puorella, jak do tej pory to właśnie ona najbardziej odpowiadała mojej skórze.
FARMSTAY Real Calamansi essence mask | Hebe
Farmstay to nieco droższa marka od Puorelli, ale nadal bardzo przystępna cenowo; trafiłam na promocję i kupiłam tą maskę za ok. 5zl.
Jak prezentują się składniki aktywne? Na 4. miejscu nawilżający hialuronian sodu, potem dopiero na 10. miejscu zaczyna się coś więcej dziać. Mamy tu trehalozę, betainę i alantoinę, czyli składniki nawilżające, kojące i przeciwzapalne. Mniej więcej w środku składu mamy nasze źródło antyoksydantów: ekstrakt z kalamondynki (czyli owocu cytrusowego pochodzącego z południowo-wschodniej Azji) oraz 5 innych ekstraktów roślinnych.
Maska okazała się niesamowicie przyjemna w użyciu. Płachta całkiem solidna i dobrze nasączona, ładnie leżała na twarzy. Esencja przezroczysta, wodno-żelowa, ale lepka i gęsta. Prześlicznie pachniała, jak limonkowa lemoniada! Co jednak najbardziej istotne, od początku czułam komfort. Żadnych podrażnień, pieczenia, ani zaczerwień. Trzymałam ją ok. 30 minut, a resztę esencji wklepałam i domknęłam moim serum i kremem z Dr.Althea. Już po zdjęciu maski widziałam lepsze efekty niż po tej poprzedniej, bo skóra była pięknie wypełniona, odżywiona i nawilżona, efekt rozświetlenia też był zadowalający. Na drugi dzień skóra była całkiem przyjemnie nawilżona, żadnych podrażnień - maska jak najbardziej warta jest warta powtórzenia.
GARNIER Vit.C Brightening serum mask | Hebe
Na "deser" mamy propozycję od Garnier - najdroższą maskę z całego dzisiejszego zestawienia, za ok. 11zł. Jak wygląda skład?
Na 5. miejscu mamy glukozyd askorbylu. Jest to witamina C stabilizowana cząsteczką glukozy, co w praktyce oznacza, że witamina C zachowuje swoje właściwości (antyoksydacja, rozjaśnianie), ale uwalnia się stopniowo, działając nieco delikatniej lecz głębiej. Dalej mamy tzw. gumę sacharydową (nawilża, wygładza), kwas cytrynowy (kwas AHA - złuszczający, wygładzający), ekstrakt z cytryny. Pod koniec składu mamy jeszcze niacynamid i kwas hialuronowy. A więc może substancji aktywnych jest niewiele, ale zastosowanie witaminy C w takiej formie to duży plus - widać, że to jest główna substancja odpowiadająca za finalny efekt na skórze, nawilżenie ma być tu tylko dodatkiem.
Widząc tyle świetnych nowości od Garnier, spodziewałam się po tej masce dobrej jakości. I rzeczywiście tak było. Solidna płachta, która się nie rozciąga, ani nie deformuje. Esencja o mlecznej konsystencji, pięknie pachniała niczym lody śmietankowo-cytrynowe :) Po nałożeniu maski poczułam lekkie mrowienie i pieczenie na granicy wyczuwalności, ale wszystko szybko minęło. Maskę trzymałam 15 min. zgodnie z zaleceniami producenta, nie żałowałam esencji też na szyję i dekolt, a mimo to jeszcze całkiem sporo zostało jej w opakowaniu. Nic się nie zmarnowało, wrzuciłam saszetkę do lodówki i zużyłam jako serum.
To naprawdę przyjemna maska, byłam z niej zadowolona, na drugi dzień nie zaobserwowałam żadnych podrażnień, a skóra była przyjemnie nawilżona, rozświetlona i wypełniona, podobnie jak po masce od Farmstay. Znalazłam w ofercie Garnier jeszcze 2 maski o bardzo obiecujących składach i jak nadarzy się okazja, to chętnie je wypróbuję :)
Jakie mam refleksje po tym teście? Fajnie było zrobić sobie takie antyoksydacyjne SPA dla skóry. Jest rozświetlona, wygładzona i widzę, że z chęcią przyjęła te wszystkie porcje witamin :)
Jak widać, nie tylko koreańskie maski w płachcie są godne uwagi, warto testować różne marki. Za jakiś czas pewnie znów wynajdę coś do testów, tymczasem z przyjemnością sięgnę po moje pudło z maskami ;)
Co sądzisz o tych maskach? Może masz coś ciekawego do polecenia? Daj znać w komentarzu ;)
♡ Estera







Maseczki w płachcie lubię, łatwe, tanie i przyjemne.
OdpowiedzUsuńTak, to prawda :) Miłego weekendu! ;)
Usuń